Mam szczęście bycia powiernikiem moich znajomych - najczęściej facetów - OCZYWIŚCIE.
Mówię tu o moich wieloletnich znajomych - przyjaciół można powiedzieć. Choć ostatnio nie wiem jaka jest moja definicja miana "przyjaciel". Ale to opowieść na bardziej ponury wieczór.
Zaczęło się od Pana YY., jego beznadziejny przypadek wydawał mi się nie do rozwiązania. Udało się to ale dopiero z pomocą męskiego punktu widzenia mojego Taty, który słuchając kolejnego jęczenia Pana YY. kazał mu wyjść, iść sobie i zachować się jak mężczyzna albo nie wracać. Oczywiście wrócił po tygodniu z pięknie rozwiązaną sytuacją. Moje wielokrotne próby dotarcia do świadomości Pana YY. Mój Tata rozwiązał jednym zdaniem. Oczywiście mam nadzieję, że było ono tylko dodatkiem do mojej terapii. Tak czy siak liczy się efekt a w tym przypadku jest to nowa miłość Pana YY. Oczywiście są też wady - nie jestem już potrzebna Panu YY.
Teraz przyszedł do mnie Pan XX, całkiem niespodziewanie - bo po kilku miesiącach głuchej ciszy i braku odpowiedzi na moje maile i telefony, mój kumpel-przyjaciel od 11 lat. To samo go trapi - problemy z kobietą. Gdy zabrałam się do tego tak logicznie i rozsądnie - to okazało się, że większość mojej rodziny dziwi się co robię. Co to znaczy? Otóż dziwią się dlaczego cholera ja pomagam Panu XX a dokładnie, dlaczego przekonuje go to jego kobiety. To chyba normalne, że chcę dla swoich przyjaciół jak najlepiej…
No ale dało mi to do myślenia. Dlaczego ja pomagam, bez interesownie, od serca a inni mówią mi - głupia - pomyśl o sobie, może warto zlikwidować konkurencje.
Męczy mnie, że obydwa przypadki dotyczą facetów do których hmmm miałam "jakieś" uczucia. "Jakieś" nie oznacza, że wielkie, raczej, nie umiem ich nazwać.
I, że pomagam im ułożyć sobie życie, rozwiązać problemy… A jak to się ma do mojego życia?
Z pewnością nie muszą mi pomagać przy problemach z facetami…
Bo jak można mieć problemy jak się faceta nie ma...