lipca 26, 2007

All by my own...

Mam szczęście bycia powiernikiem moich znajomych - najczęściej facetów - OCZYWIŚCIE.

Mówię tu o moich wieloletnich znajomych - przyjaciół można powiedzieć. Choć ostatnio nie wiem jaka jest moja definicja miana "przyjaciel". Ale to opowieść na bardziej ponury wieczór.

Zaczęło się od Pana YY., jego beznadziejny przypadek wydawał mi się nie do rozwiązania. Udało się to ale dopiero z pomocą męskiego punktu widzenia mojego Taty, który słuchając kolejnego jęczenia Pana YY. kazał mu wyjść, iść sobie i zachować się jak mężczyzna albo nie wracać. Oczywiście wrócił po tygodniu z pięknie rozwiązaną sytuacją. Moje wielokrotne próby dotarcia do świadomości Pana YY. Mój Tata rozwiązał jednym zdaniem. Oczywiście mam nadzieję, że było ono tylko dodatkiem do mojej terapii. Tak czy siak liczy się efekt a w tym przypadku jest to nowa miłość Pana YY. Oczywiście są też wady - nie jestem już potrzebna Panu YY.

Teraz przyszedł do mnie Pan XX, całkiem niespodziewanie - bo po kilku miesiącach głuchej ciszy i braku odpowiedzi na moje maile i telefony, mój kumpel-przyjaciel od 11 lat. To samo go trapi - problemy z kobietą. Gdy zabrałam się do tego tak logicznie i rozsądnie - to okazało się, że większość mojej rodziny dziwi się co robię. Co to znaczy? Otóż dziwią się dlaczego cholera ja pomagam Panu XX a dokładnie, dlaczego przekonuje go to jego kobiety. To chyba normalne, że chcę dla swoich przyjaciół jak najlepiej…

No ale dało mi to do myślenia. Dlaczego ja pomagam, bez interesownie, od serca a inni mówią mi - głupia - pomyśl o sobie, może warto zlikwidować konkurencje.

Męczy mnie, że obydwa przypadki dotyczą facetów do których hmmm miałam "jakieś" uczucia. "Jakieś" nie oznacza, że wielkie, raczej, nie umiem ich nazwać.

I, że pomagam im ułożyć sobie życie, rozwiązać problemy… A jak to się ma do mojego życia?

Z pewnością nie muszą mi pomagać przy problemach z facetami…

Bo jak można mieć problemy jak się faceta nie ma...

lipca 14, 2007

Morderczyni pomidorków

Ale mam zrywy, niedługo będę pisała raz w roku dwa słowa… A tyle mam w głowie, miał być blog, miała być książka… Tylko jak to zrobić jak się nie lubi pisać. Mogę mówić, opowiadać komuś na przykład. Żeby tak ktoś spisał to coś co chcę powiedzieć a miałabym bestsellery na całym Świecie.

Winamp znowy smęci Eltonem - The One, wino prosto z Puglia - Italia, prawie dobrze. Ale prawie robi wielką różnicę.

Zamordowałam pomidorki, słonecznika i takie śliczne, fioletowe dzwoneczki. Zalałam ślicznotki. Skąd mogłam wiedzieć, że nadmiar wody też szkodzi? Skąd ja niby mam to wszystko wiedzieć? Przecież sam fakt, że zgodziłam się na kwiatki był już wielkim krokiem. Ja, Ja i kwiatki przecież ja nawet kaktusy regularnie zabijałam. Ostatnio Jag powiedział …"
Alex'a ignorant informatyczny, ale przynajmniej czasem daje znak życia! No i |a|, chyba znów ma to swoje i przepadła z okresem i kretesem... szkoda ze ciągnie sie już trochę... |a| czas do specjalisty to może być poważne! kwiaty są prawie jak koty, myślę ze nawet gorzej!..." - może ma rację, może czas do specjalisty. Przecież to wszystko to jak wolne umieranie na własne życzenie. Tylko co, mole mnie zaczną zjadać zanim mnie ktoś znajdzie. OK. to paranoja, wystarczy…

Miałam pisać książkę, ale nie mogę się zdecydować. Nie wychodzi mi taka prawdziwa z dialogami. Wolę pisać w pierwszej osobie ale wtedy nie jest taka wartka i interesująca. Wygląda na zbiór rozbieganych myśli i nikt nie zrozumie o co mi chodzi. Poza tym chyba takie piemiętnikarstwo się nie sprzedaje. W ogóle to przecież jak ja sobie mogę nawet myśleć o tym, żeby coś sprzedawać jak nie mogę zacząć pisać. Byłam dzisiaj w Empiku i chciałam sobie kupić coś do poczytania. Ale jest tyle książek, że nie mogłam się zdecydować. Więc po co pisać kolejną co wyląduje na półce jakieś przeciętnej księgarni? Poza tym o czym pisać? O mojej przygodzie o Italii? Jak, jak tylko zaczynam pisać i mi się płakać chce, że tam mnie nie ma i że może już nigdy nie będę miała żadnej innej przygody? O życiu pisać nie będę bo nic o nim nie wiem. No jeszcze mi zostaje romansidło, ale to będzie opis tylko mich marzeń i przedsennych myśli - zero prawdy. Pisanie o czymś fikcyjnym będzie moim zdaniem bez sensu. Dobrzy pisarze mogą sobie na to pozwolić, mają dobrą rękę, fajny język. Mogą sobie pisać o fikcji.

I tym sposobem nie piszę chociaż chce. Tak to właśnie ze mną jest. Nic nie robie tylko chce. Chciałabym być chuda i zgrabna. Chciałabym mieć swój hotelik w Italii, super faceta u boku i mały domek z ogródkiem i widokiem na morze, w którym wszystko jest zielone i żyje…

A ja nawet nie umiem utrzymać pomidorków przy życiu...